Płonące na grobach w dniu 1 listopada znicze można liczyć z pewnością w setkach tysięcy. Każdy z nas pamięta ten widok, który tak szokował go i tak dziwnie nastrajał w dzieciństwie. Wraz z kolegami i koleżankami chodziliśmy co roku wieczorem na cmentarz, aby popatrzeć na to może ogników, w które z oddali zamieniały się znicze. Chociaż byliśmy wówczas w grupie, każdy tak naprawdę zostawał w tym niezwykłym momencie sam ze swoimi przemyśleniami. Każdy w ciszy własnego serca musiał uporać się z bolesnym odczuciem przemijania. Chociaż byliśmy dziećmi, dokładnie rozumieliśmy głos, który wydawały z siebie wówczas płonące znicze. Przeczytałam kiedyś, że nie istnieje poeta, który nie napisałby wiersza inspirowanego Dniem Zmarłych. Tak nadzwyczajnie nastrajają wszystkie artystyczny (ale przecież nie tylko) dusze znicze i cmentarze. Miałam zwykle poczucie, że w świetle tego płomienia, którym płoną znicze na grobach zmarłych, w jakiś sposób dojrzewam. Dlaczego? Tego dnia każdy bowiem postawiony zostaje w bliskości tajemnicy śmierci i przemijania, od której nie da się odwrócić – trzeba w nią wejść i pozwolić, aby przeszyła nasze człowieczeństwo, nasze płytkie myśli o codzienności, naszą pogoń za dobrami doczesnymi. Człowiek dorasta w mgnieniu oka, gdy staje w obliczu marności.
Komentarze
Brak komentarzy